Wolontariusze w akcji

Dobro jest

Pisać o sobie jak się komuś pomogło, jest dla mnie trudniejsze niż myślałam. Może więc skupię się na razie na dobru jakiego JA doznałam od innych. A doznałam tego bardzo dużo, i właściwie mogłaby z tego powstać może niewielka, ale jednak książeczka.

Dobrem największym w moim odczuciu są ludzie którzy nas otaczają. Dobrem może okazać się i zło nawet jakie w danym momencie się nam dzieje, albowiem z niego też może wyniknąć dobro piękne i wspaniałe.

Dzielnica w której mieszkam, Saska Kępa, uchodziła za dzielnicę bezpieczną. Bez obawy zatem parę lat temu wracałam z uroczego wieczoru w ówczesnym "saskokępskim" kabarecie "Cafe Teatr" na Francuskiej. Wieczór ten, jak zawsze, skończył się późną nocą, po oficjalnym bowiem występie Basi i Jacka Bursztynowiczów przy akompaniamencie Janusza Tylmana, wszyscy razem tzn. I występujący artyści i my - niewielka wprawdzie ale zawsze widownia - siedzieliśmy razem przy jednym stole, gawędziliśmy, śmialiśmy się itd.

O godzinie 2giej w nocy naszeszła chwila pożegnania. Kawiarnia w której to miało miejsce, mieściła się o 10 minut od mojego domu, spacerkiem. Wszyscy namawiali mnie: Dorota, weź taksówkę. Gdzieee tam, odmówiłam i prawie ich wyśmiałam. Toż to ja jestem u siebie, znam tu każdy kąt, to jest bezpieczna ulica... Pożegnaliśmy się, koleżanki poszły w swoim kierunku, ja w swoim.

Kiedy już byłam o pięć minut od mojego domu, nagle usłyszałam za sobą pośpieszne kroki. Zanim pomyślałam że za chwilę może się coś złego stać, to coś złego już się stało. Już mnie ktoś kopnął z tyłu w zgięcie pod kolanem, już leżałam na ziemi, już ktoś szarpał na mnie ubranie, już mnie przyduszał, już miało dojść do czegoś dla kobiety najgorszego. Pomimo że wokół nie było nikogusieńko, wrzeszczałam na całe gardło. Dostrzegłam jednak pomiędzy uderzeniami, przyduszeniami i kopniakami kątem oka grupkę młodych chłopaków biegnących ku mnie. Pomyślałam wtedy "NO TO KONIEC". Ale nie, to nie był koniec. Ci młodzi ludzie - lokalne pijaczki siedzący na podwórku pijący piwo - usłyszeli moje krzyki i wybiegli mi na pomoc. Gdyby nie oni, mój Boże, gdyby nie oni...

W jednej chwili mój napastnik ograniczył się jedynie do zerwania mi torebki z ramienia. Nawet nie musiał mi zresztą zrywać, bowiem jak ja zobaczyłam że sięga po moją torebkę, sama wyciągnęłam rękę żeby mu ułatwić, żeby już tylko mnie nie kopał i nie bił. Było tam wszystko co miałam, klucze, pieniądze, dowód osobisty, telefon komórkowy i mój największy skarb - aparat cyfrowy.

Młodzi ludzie zadzwonili po policję, zostali ze mną do chwili przyjazdu policji. Policja przyjechała szybciutko. Zabrali mnie do radiowozu, na komendę. Przesłuchiwała mnie kobieta. Przesłuchiwała cierpliwie, parę razy podawała mi wodę. Nie miałam zupełnie odczucia ze jestem źle traktowana przez policję. Nic a nic.

Na komisariacie spotkał mnie mój sąsiad, po którego zadzwonili moi wybawcy. Przywiózł mnie do domu, wyważył zamek, pomógł ile mógł. No ale tu sie zaczęły dla mnie schody. Dopiero jak się znalazałam w domu, zaczęłam odczuwać po prostu zwyczajny strach. Bałam się ruszać po własnym domu, bo wszędzie słyszałam za sobą te pośpieszne kroki.

I tu jestem wdzięczna osobom, z którymi spotykam się na czacie w necie. Mój Boże, ile osób wtedy przesiedziało ze mną pół nocy po ich stronie monitora, żeby dotrzymywać mi w pewnym sensie towarzystwa. Ja bowiem bałam się nawet pójść do łazienki w nocy. Dzwoniłam wtedy do mojego znajomego, nawet o drugiej w nocy, i dopiero jak słyszałam jego uspokajający głos prowadzący mnie do tej łazienki, byłam w stanie pójść.

Nie wiedziałam, w jaki sposób mogę najlepiej podziękować moim wybawcom z tej nocy. Usiadłam po prostu do komputera i napsałam tekst w którym podziękowałam za ratunek, za nie pozostawienie mnie samej, za zadzwonienie po policję, w ogóle za okazaną mi pomoc. Wydrukowałam to w kilkudziesięciu egzemplarzach i porozwieszałam na okolicznych drzewach, domach, klatkach schodowych.

I jakoś tak dziwnie, minęły lata, a do dzisiaj jeszcze jacyś młodzi nieznani mi młodzi chłopcy mówią mi dzień dobry na ulicy w tamtej właśnie okolicy.

Z wielu sytuacji w których dzieje się zło, może wyniknąć jakieś dobro. Ja dzięki tamtej nocy przekonałam się, że DOBRO JEST, że znieczulica go nie zwyciężyła.

Dorota

powrót


Źródło siły

Piąty Świat - to my, wolontariusze.

Chcemy pomóc. Dlaczego? Bo wielu z nas cierpi na bez-miłość, przeżyte upokorzenie, molestowanie psychiczne, ból. I wtedy ktoś podał nam rękę. Stanął obok, uśmiechnął się, powiedział: Nie jesteś sam, rozumiem twój żal, jestem z tobą.

O swojej przeszłości powiem krótko. Pan, który "kocha inaczej" chciał poprawić swój image. Nie wiedziałam o tym, nie miałam doświadczenia, rozeznania. Chciałam mieć dziecko, dom. W pierwszych tygodniach ciąży pojawiła się różyczka i bezwzględne wskazanie do aborcji. Mówiłam wtedy: Boże, jeżeli jesteś, uczyń cud. Uczynił.

Dziś Robert jest 40-letnim mężczyzną, zdrowym, przystojnym. Ma dom, dwa własnościowe mieszkania, zabudowaną działkę, dobry samochód. Nie pracuje, jest na utrzymaniu żony i ojca. Może jakieś zobowiązania nie-ojcowskie wobec syna? Wcześniej były długie lata strasznej traumy. Wszystko, co kobiece było wstrętne, nawet kosmetyki nie mogły stać w łazience. Wszystko, co powiedziała mama było złe i głupie.

Kiedy dwa lata temu decyzją skorumpowanego sądu ojciec i syn wyrzucili mnie do mieszkania socjalnego, już z trudem poruszałam się o kulach. Niesteroidowe leki przeciwzapalne niszczą narządy wewnętrzne. Środki antydepresyjne nie leczą splinu. Czy jestem silna psychicznie jak koń? _ tak określiła sąsiadka znająca moje życie. Nie, tylko przez wiele lat chodziłam do niewielkiego, ale jakże pięknego kościoła przy Skaryszewskiej, gdzie Księża Pallotyni modlitwą, dobrocią, serdecznością pomagają zapomnieć o okrucieństwach życia.

Od wielu lat w każdą niedzielę o godzinie 20.00 księża pallotyni mówią prosto o miłości Boga i ludzi, wzajemnych relacjach, uczą jak godnie żyć, radzić sobie z różnymi problemami. Jak nauczyciele dzieciom zadają duchowe zadania do domu. W Centrum Pomocy Duchowej przygarniają wszystkich pogubionych, samotnych, uzależnionych i zrozpaczonych. Pomagają kierują do psychologa czy psychiatry w swoim CPD.

Ostatnia sobota miesiąca, godz. 18.30. Byłyśmy z Dorotą z Ruchu Piąty Świat na Mszy św. w intencji zdrowia dyszy, ciała i psychiki.

Siedzący obok młody mężczyzna łudząco przypominał mojego syna, któremu, proszę Cię, Panie, wlej w serce miłość i daj opamiętanie. Potem była kawa i ciastka w ogródku kawiarnianym, serdeczna rozmowa, a w dali soczysta zieleń Parku Skaryszewskiego.

Jeżeli dobry Bóg pozwoli, że będę mogła poddać się operacji stawów, do końca swoich czynnych dni będę jeździła do hospicjum, by trwać tam przy opuszczonych w ich ostatnich dniach. Dziś pomagam w lekcjach 14-letniemu sąsiadowi.

Trzeba przekazać innym dobro, które się otrzymało.

Kinga

powrót


Wiktoria

Pracuję w szpitalu położniczym, w którym każdego dnia przychodzi na świat wiele dzieci. Większość z nich od chwili narodzin pozostaje przy swoich mamach, by w bliskości uczyć się życia w nowym świecie, by zaspokajać swoje potrzeby, by brać i dawać miłość.

Był początek grudnia 2007 roku. Nad ranem urodziła się Wiktoria. Śliczna drobna dziewczynka. Gdy zobaczyłam ją w oddziale, leżała w łóżeczku podłączona do kardiomonitora. Podejrzewano u niej zapalenie mięśnia sercowego. Była sama, więc spytałam, gdzie jest jej mama. W odpowiedzi usłyszałam, że mama postanowiła ją zostawić. Takich dzieci w szpitalu rodzi się kilkoro w roku. Bezpośrednio ze szpitala trafiają do placówki opiekuńczej, a jeśli matka zrzeknie się praw do dziecka, to po uregulowaniu sytuacji prawnej mają szansę trafić do rodziny adopcyjnej.

Mama Wiktorii jest cudzoziemką. Postanowiła ją urodzić i zostawić w nadziei, że dziewczynka znajdzie prawdziwy dom i kochających rodziców. Po szeregu badań diagnoza lekarska się potwierdziła. Podjęto leczenie. Każdego dnia miałam możliwość obserwować jak dziewczynka dzielnie walczy z chorobą, nabiera sił i coraz mniej męczy się przy jedzeniu. Gdy jej stan się poprawił z radością wyręczałam koleżanki w karmieniu i pielęgnacji. Chciałam w ten sposób wynagrodzić jej emocjonalne braki, dać bliskość i miłość.

Przed świętami zorganizowano w szpitalu Wigilię. Zaproponowałam, że może weźmiemy na to spotkanie Wiktorię. Gdy otrzymałam zgodę, ubrałam ją odświętnie i razem z panią oddziałową zabrałyśmy Wiktorię ze sobą. Nie była jedynym dzieckiem na tym spotkaniu, ale była szczególnym dzieckiem. Ksiądz kapelan, gdy dowiedział się o historii dziewczynki, zaproponował wspólną modlitwę w jej intencji. Patrząc na nią zastanawiałam się, czy znajdzie w życiu ciepło i miłość, dom...

Za dwa dni Wiktoria została wypisana ze szpitala i przekazana do placówki opiekuńczej. Tego dnia była spokojna, ale gdy ubierałyśmy ją do wyjazdu bardzo płakała. Jej płacz ściskał za serce... tak niedawno przyszła na świat, a już doświadcza samotności. Wiem, że w miejscu, do którego trafi znajdzie fachową opiekę, wiele dobrych serc i miłość, ale to i tak będzie mało, wciąż za mało...

Często myślę o Wiktorii. Modlę się za nią i oddaję w ramiona Niebieskiej Matki. Ufam i wierzę, że dobro zwycięży w jej życiu, że znajdzie ciepło, miłość, dom, w którym bezpiecznie będzie wzrastać.

powrót


Moje próby pomocy

Odkąd sięgnę pamięcią  starałam się pomagać w różny sposób osobom chorym, cierpiącym, zagubionym itd. Ponieważ sama mam dużo przykrych doświadczeń  rozumiem osoby potrzebujące pomocy. Czasami wystarczy mały gest, a czasami trzeba dużej pracy, żeby osiągnąć choć trochę poprawy. Udaje mi się zdobywać zaufanie osoby potrzebującej, bez względu na jej wiek - od 16 do ... lat. Zgłaszają się  same do mnie, nawet czasami nie wiem jak znajdują kontakt. Ponieważ nie wypytuję i na "siłę" nie wyciągam informacji, uzyskuję ich zawsze dość dużo, żeby wiedzieć, w jaki sposób poprowadzić rozmowę. Piszę to, aby pokazać, w jaki sposób podchodzę do osób potrzebujących pomocy.

Ostatnio  "pracowałam" z trzema małżeństwami, u których wystąpił duży kryzys. Udało się jak na razie załagodzić sytuację i wszystko wróciło na dobrą drogę. Nadal spotykam się z tymi osobami, same chętnie przychodzą na rozmowy.  Pomagam na bieżąco osobom, które w wyniku utraty wiary w siebie, popadły w depresje i nie chcą się leczyć u specjalistów.  Moje rozmowy im pomagają, ale jest to bardzo mozolna i długotrwała praca.

Mam grupę osób, z którymi staram się spotykać w każdym miesiącu. Spotkanie zaczynam od przeczytania kilku wierszy ks. Jana Pałygi, potem rozmawiamy o naszym życiu, o możliwościach pomocy innym,  o Jezusie Chrystusie, jako wzorze do naśladowania itp.

Niedawno zmobilizowałam cztery osoby do  pracy na rzecz potrzebujących. Już zaczynają rozglądać się w swoich środowiskach. Są to początki, więc efektów nie ma. Nie wiem na ile starczy im czasu i cierpliwości.

Próbowałam nawiązać kontakt z księżmi z mojej parafii. Na razie bez rezultatu. Może to okres kolęd nie pozwolił im na rozważenie mojej propozycji. Odczekam i spróbuję ponownie.
Alicja z Poznania

powrót


Siła jednego zdania

Byłam kiedyś zaproszona do koleżanki, z którą wcześniej rzadko się spotykałam. Było to spotkanie takie zwyczajne, koleżeńskie, po latach niewidzenia się od czasu wspólnej pracy, wspólnego miejsca pracy. Myślałam, że trochę porozmawiamy o tym i owym, tak jak wszyscy dorośli potrafią rozmawiać. Spotkałyśmy się w małym mieszkanku, które wynajmowała. Było skromne, aczkolwiek pięknie umeblowane. Urządzone było w stylu naturalnym, z pewnymi elementami piękna i w tak ciekawy sposób, że żaden szczegół nie był w nim wyeksponowany. Lśniły jasne kolory na przedmiotach z niewidocznymi konturami.

Usiadłyśmy w kuchni, bo tu zawsze najlepiej i tak swojsko. Ona pierwsza zaczęła mówić, a właściwie wypowiedziała takie zdanie: "A wiesz Ula, jestem w ciąży" Odpowiedziałam, że to wspaniale! A ona wtedy dodała: ,,Nie wiem, czy się zdecyduję urodzić to dziecko". Na co ja odpowiedziałam: Daj dziecku szansę.

Posiedziałyśmy jeszcze chwilkę na luźnej rozmowie, wcale nie na temat oczekiwany od osoby. Nie próbowałam też przekonywać. Modliłam się często o zmianę jej myślenia.

Widziałyśmy się jeszcze parę razy. Zawsze byłam dla niej miła i serdeczna. Kiedyś już nieco później, przy okazji naszego kolejnego spotkania zapytałam, czy jest już przygotowana. Odpowiedziała, że tak, że jest przygotowana. W ten sposób przyszedł na świat Przemek, który dzisiaj jest prawie dorosłym chłopcem. Taka to była siła mojego zdania: " Daj dziecku szansę ".
Urszula z Warszawy

powrót


Z I N A

Zina (Białorusinka) przez 10 lat była żoną sąsiada z działki letniskowej pod miastem. Bardzo pracowita, uczynna, lubiana przez otoczenie. Półtora roku temu mąż zmarł. Okazało się, że w testamencie wszystko zapisał synowi z pierwszego małżeństwa. Z dnia na dzień pasierb, choć dotąd był z Ziną w dobrych stosunkach, zabrał jej klucze od działki, której poświęciła tyle pracy (wszyscy podziwiali jej umiejętności ogrodnicze), samochód i wyczyścił konta bankowe, a także wniósł sprawę o eksmisję z mieszkania w mieście.

Zrozpaczona kobieta była otaczana opieką sąsiadów - tych w mieście i tych na działkach, ale długie godziny samotnych rozmyślań prowadziły do przygnębienia i płaczu. Poradzono jej wniesienie sprawy o tzw. zachowek, ale to bardzo długie procedury i nie wiadomo, kiedy się zakończą. Otrzymała rentę rodzinną po zmarłym mężu, więc ma środki do życia. Zinie bardzo zależało na tym, aby choć w sezonie letnim mogła wyjechać z miasta i być wśród życzliwych jej ludzi - na świeżym powietrzu, pod lasem.

Zaproponowałam więc Zinie wynajęcie małego domku (ok. 10 m2) na sezon letni. I tak zostałyśmy współlokatorkami tej samej niewielkiej działki, choć mieszkamy w dwóch różnych domkach. Razem robimy obiady - dzięki czemu poznałam nowe dania, wspólnie robimy wino z jeżyn, a teraz chodzimy na grzyby do lasu. Korzystam z podpowiedzi i pomocy mojej współlokatorki dotyczących uprawiania roślin i bieżącej konserwacji domu. Kilkakrotnie robiłyśmy spotkania dla innych działkowiczów, m.in. ze śpiewami piosenek biesiadnych. Zina jest osobą bardzo wierzącą - prawosławną, w mieście chadza do cerkwi, a na wsi od czasu do czasu zabieram ją na Mszę św. Podziwiała m.in. uroczystość pierwszokomunijną oraz odpust w kościele parafialnym. Często rozmawiamy na tematy religijne. Dzięki niej poznaję różnice między katolicyzmem a prawosławiem.
Ewa W.

powrót


Kto uratował życie?

Lato 2007 roku
Przed przychodnią lekarską stanęłam o godzinie 6.00, żeby się zarejestrować na kontrolę. Jestem kilka lat po operacji zastawki i udarze mózgu. Przede mną była już jedna kobieta o pokaźnej tuszy. Zamieniłyśmy ze sobą kilka zdań. Po chwili przyszedł jakiś mężczyzna, także dobrze zbudowany. I tak stoimy na chodniku, na ulicy czekając na otwarcie przychodni.

Po chwili kobieta mówi, że jej słabo i próbuje usiąść na pobliskim betonowym koszu na śmieci. Usiadła i prosi o pomoc. Słabnie. Staram się ją podtrzymać, a ona całym ciężarem leci na mnie. Zemdlała. Mężczyzna obok odmawia pomocy, tłumacząc się chorobą. Nie zastanawiam się nad sobą, lecz pragnę ją uchronić przed upadkiem na krawężnik. Obejmuję ją i z wysiłkiem układam na trawniku. Jest wciąż nieprzytomna. Szukam możliwości wezwania karetki. Po 15 minutach odwieźli ją do szpitala.

Kiedy po czterech godzinach wróciłam przed pokój mojego lekarza, dwoje ludzi poszukiwało osoby, która pomogła polskiej Cygance - jej syn i siostra. Powiedzieli, że tu przed przychodnią ktoś uratował jej życie. Zaniepokoiłam się, co się dalej z nią stało. A oni dziękowali mi tak głośno, że moja lekarka wyszła ze swego gabinetu, by wysłuchać relacji. Znając stan mojego zdrowia, zdziwiła się, że się zdobyłam na taki wysiłek.

Tak! Zapomniałam o swojej chorobie, by ratować człowieka. Czułam jednak, że nie ja to robię, ale Ktoś posługuje się moimi rękami, bo normalnie tak ciężkiej osoby nie zdołałabym utrzymać, nawet gdybym była zdrowa.

Opowiadała telefonicznie Irena P.
Notowała W.K.

powrót


Alkohol i żona

Przy trasie W-Z wchodzę na Stare Miasto od strony kościoła św. Anny. Jak zawsze rozglądam się wokół, bo im wyżej wchodzi się schodami, tym lepiej można dostrzec piękno miasta. Idę powoli wyżej, lewą stroną, spojrzałam w kierunku ul. Bednarskiej. Zauważam mężczyznę na poręczy-drążku żelaznym, kołyszącego się w pozycji pochylonej. Pomyślałam, że to taka zabawa na drążku. Popatrzyłam przez chwilę i zauważyłam, że mężczyzna jest nietrzeźwy. Jego pozycja jest bardzo niebezpieczna. Z tego miejsca można polecieć w dół...
Przechodnie nie zauważają go. Przypatruję się tej scenie z odległości. Odmawiam ,,Zdrowaś Maryjo" w jego intencji. Ale sytuacja nadal jest beznadziejna. Wracam i delikatnie mówię: Proszę pana, zaraz pan spadnie i będzie źle, a nawet bardzo źle! Po chwili namysłu wyjąkał: ,,Ja się tu ukryłem przed moją żonką, aby nie zobaczyła, że tak wyglądam". Proszę go, by stąd odszedł, bo zaraz spadnie. Nie bardzo mnie chciał posłuchać. Powtarzam następnie już bardziej kategorycznie, żeby poszedł ze mną, a tak go przeprowadzę, że żona nie zobaczy. Wtedy zareagował. Podniósł się i dość chwiejnym krokiem usiłował iść. Niestety, był zbyt pijany, by mógł iść za mną. Pozwoliłam mu chwycić się mojej ręki, i zaczęłam go prawie wciągać po schodach w kierunku kościoła Ojców Jezuitów, ponieważ szłam tam na Mszę św. Chwiejąc się obok mnie i trzymając mocno mojej ręki, co chwilę powtarzał: ,,Żeby tylko nie zobaczyła mnie moja żona".
Kiedy już byliśmy pod kolumną Zygmunta, uświadomiłam sobie moją sytuację i zaczęłam znów powtarzać w myślach: ,,Zdrowaś Maryjo..." prosząc, żeby tylko nie zobaczyła mnie moja przełożona i aby ktoś przypadkiem nie zrobił mi zdjęcia.
Po wejściu do kościoła posadziłam go w ławce. Mam nadzieję, że tam był bezpieczny.
Siostra zakonna
(sytuacja z kwietnia 2006 r.)

powrót


Spotkanie na poczcie.

Późne popołudnie. Tłok. Wchodzi dwóch mężczyzn. W przybrudzonych ubraniach. Nieogoleni. Zaczerwienione twarze. Lekko podpici. Jeden z nich trzyma w dłoni zwitek banknotów. Jakby chciał zaznaczyć, że ma tu coś do załatwienia. Rozglądają się bezradnie. Szepcą coś między sobą. Wzięli druk przelewu. Oglądają go.

Ludzie odwracają od nich wzrok. Unikam mężczyzn "na gazie". Ale to ich zagubienie... Pytam czy mogę w czymś pomóc. W ich oczach zaskoczenie. Wahanie. W końcu usłyszałam, że "ten z banknotami" chce wysłać pieniądze. To nie jest dobry druk. Trzeba wziąć inny. Przynoszą.. Ale nie potrafią wypełnić. Ręce drżą.. Kolejny druk zepsuty. Pomagam. Szybko zapełniają się rubryki. w międzyczasie słucham opowieści, że w domu żona, że syn, że daleko. On tu żeby zarobić. Drugi patrzy jak wypełniam druk i pada pytanie - " Pani to ma pewnie wykształcenie?" Mam - odpowiadam. Ja nie mam. Patrzy na mnie smutno i wreszcie słyszę - "Bo człowiek, to jest taka małpa, proszę pani. Taka małpa." Pomyślałam - Nie jesteś małpą. Nie jesteś. Masz w sobie godność. Jesteś kochany przez Boga.. Pożegnaliśmy się. Wyszłam z poczty. Powraca dręcząca myśl. Nie powiedziałam. Nie powiedziałam, że jest dzieckiem Boga.. Nie miałam odwagi.. Chciałabym ich spotkać raz jeszcze. Powiedzieć co wtedy myślałam. Przyglądam się ludziom ciągnącym dziwne wózki i pojazdy może kiedyś.. Modlę się o to, by spotkali kogoś, kto im to powie i żeby uwierzyli.

E.B-T

powrót


Narodziny

Gwałtowne pogorszenie stanu mojej córki.. Jest w ciąży. Nosi w sobie dwie dziewuszki. Stan jej zdrowia zagraża zdrowiu dzieci.. Konieczne cesarskie cięcie. I to szybko. Czekamy na miejsce. Wreszcie zabierają ją na salę operacyjną. Zabieramy rzeczy. Przenosimy na oddział dla noworodków na salę pooperacyjną. Szybciutko układam niezbędne rzeczy. Żeby mogła sięgnąć. Po "cesarce" przez sześć godzin nie można podnieść głowy. Chcę wyjść jak najprędzej, żeby być blisko córki. Pod oknem leży młoda kobieta. Już po.... Zauważam, że drżą jej ramiona. Spoglądam uważniej. Ona płacze. Podchodzę. Podałam chusteczkę. Wytarłam zapłakaną buzię. Pytam czy mogę jakoś pomóc. Prosi o ręcznik. Odszukałam w jej torbie. Podałam. Usiadłam obok. Delikatnie pogłaskałam po ramieniu. Przestała tłumić płacz.. Pytam - czemu płacze.

Opowiedziała mi swoją historię. Bardzo smutną historię. Są młodym małżeństwem.. Dwa lata po ślubie. Nigdy nie stosowali żadnych środków antykoncepcyjnych.. Budują dom.. Chcieli mieć dziecko. Dopiero robiąc drugie USG, po 3 miesiącach, dowiedziała się, że dziecko jest głęboko upośledzone. Ma rozszczepienie kręgosłupa i wodogłowie. I jeszcze jakieś inne schorzenia.. Chciała usunąć ciążę. Ale nikt nie chciał zrobić zabiegu.. Za późno. Nosiła w sobie dziecko, którego nie chciała.. Nie chce tego dziecka.. Postanowili zrzec się praw rodzicielskich.

Prosiła, żeby poród był w całkowitym znieczuleniu.. Żeby nie słyszeć płaczu dziecka.. Lekarze się nie zgodzili. Słyszała jego płacz.. Pytała dlaczego. Powiedziałam, że nie wiem dlaczego. Że najlepsze co mogło się wydarzyć, to że nie usunęła ciąży. Że jedyne, co można zrobić to kochać to maleństwo. Żeby swój ból wypłakała przed Bogiem. Że on się nie obrazi.. Powiedziałam, że będę się modlić za nią i dziecko. Mają sześć tygodni na podjęcie decyzji.. Mówiłam. Co mi serce dyktowało. Ale może wobec tak wielkiego bólu nic nie powinnam mówić. Może należało milczeć? Tak gorąco prosiłam Boga o to, by moja córka urodziła dobre, zdrowe i piękne dziewczynki.

Pamiętam o niej i o jej dziecku. Modlitwą obejmuję kobiety, dla których macierzyństwo jest tak bolesną próbą i dzieci, których matki nie potrafią kochać. Kiedyś, gdy tuliłam do siebie płaczącą z bólu wnuczkę, pomyślałam, jak bardzo musi boleć płacz w pozbawioną miłości ciemność. Żałuję, że nie zapytałam jej o imię. Że pozostała dla mnie bezimienna. I często myślę dlaczego nie było przy niej męża. Dlaczego w tych strasznych chwilach nie było przy niej nikogo bliskiego. Jakże ona musiała się czuć samotna.

E.B-T.

powrót


Głodna

Wracałam do domu po nabożeństwie wieczornym.. Była późna jesień i dość wcześnie robi się ciemno. Wsiadam do tramwaju na Starym Mieście i jadę w kierunku Woli. Dość dużo pasażerów wraca do domów. Pośród nich kobieta w młodym wieku - prosiła o parę złotych na jedzenie. Pasażerowie byli obojętni. Ja także na nią tylko spojrzałam. Zaniedbana, źle ubrana, niedomyta, nieuczesana i bardzo wychudzona. Choć patrzyłam na nią z litością, nie miałam jednak zamiaru dać jej nawet przysłowiowego grosika, tym bardziej, że podejrzewałam, że to narkomanka..

Próbowała wysiąść przy pl. Bankowym, ale cofnęła się i jechała dalej. Wykorzystałam ten moment i zaczęłam do niej mówić: Jesteś młoda, gdzieś przecież masz dom rodzinny, rodziców, którzy na ciebie czekają.. Co z siebie zrobiłaś? Jak ty wyglądasz... itd?

Odpowiedziała nieśmiało: ,,Nie mam domu. Rodzice wyrzekli się mnie i wyrzucili z domu. Śpię na klatkach schodowych...

I jeszcze coś mówiła, ale spokojnie i bezpretensjonalnie. A ja miałam do niej żal za to, co ona zrobiła ze swego życia.. A może była uzdolniona i wcale nieźle się uczyła.. Dlaczego nie jest taka, jak jej inne rówieśnice w tramwaju? Była we mnie nawet odrobina złości.

Dziewczyna wysiadła przy ul. Jana Pawła II.. Ja pojechałam dalej. Wysiadłam na swoim przystanku i wędrowałam do domu. W uszach brzmiał mi jej głos. Ale bez wzruszenia poszłam do domu.. Po godzinie, kiedy już odmówiłam modlitwy wieczorne i przygotowałam się do snu, jej głos coraz bardziej brzmiał mi w uszach: ,,Proszę o coś do zjedzenia". Wygląd tej dziewczyny stał mi w oczach..

Ubrałam się i wyszłam w kierunku ul. Jana Pawła II, aby szukać tej głodnej i wołającej o jedzenie dziewczyny. Na przystanku już jej nie było. Rozglądałam się wokół. Na próżno. Podjechałam przystanek tramwajem. Szukam.. Podchodzę w kierunku ,,Grubej Kaśki". O tak! Siedzi! Ta sama! Siedzi na chodniku pod drzwiami do kawiarni Mcdonald´s. Podeszłam bliżej. Już nie prosiła, ale się rozglądała, czy może ktoś z litości rzuci jej na kolana jakiś kąsek. Po chwili przykucnęłam przy niej i zapytałam jakby nigdy nic: Czy już coś jadłaś? - Nie jadłam. - A co lubisz? Na co masz chęć? Czy lubisz kurczaka? Tak - odpowiedziała. Przyniosłam porcję kurczaka, frytki i pepsi colę. Popatrzyła spokojnie i ,,rzuciła się" na jedzenie, a potem podziękowała, chociaż nie zależało mi już na wdzięczności, ale na tym, że mogłam coś ze swego jej dać. Wróciłam do domu i modliłam się za wszystkich, którym los się nie ułożył, którzy naprawdę są sami i liczą na naszą pomoc.

WK

powrót


Kochana jesteś

Wanda miała ostry język i zawsze rację. Wewnętrzną twardość. Lubiła wyśmiać. Przyłożyć. Nie oszczędzała nikogo. Swojej synowej też nie. Nawet starość jej nie zmieniła. Wróg numer 1 - Anka - synowa. Nie ważne, że dbała o jej syna.. Że wychowuje dwoje dzieci.. Że dom czysty i zadbany. Latami narastała wzajemna nienawiść. Pojawiła się choroba. Zamieszkała z synem i synową pod jednym dachem. Niesamodzielna, zależna od innych. Nawet w tej sytuacji synowa nie doczekała się wdzięczności.. Rewanżowała się złością, złym słowem.. Wanda podporządkowała się, ale przy każdej okazji starała dokuczyć. Liczyła na to, że siostrzenica zabierze ją do siebie. Tak kiedyś obiecała. Przeliczyła się. Doprowadzona do ostateczności Anka, wbrew mężowi, załatwiła dom opieki.. Po dzikiej awanturze spakowała trochę osobistych rzeczy Wandy. Wezwała taksówkę. Odwiozła.. Odwróciła się na pięcie i odeszła. Nawet nie powiedziała do widzenia.. Byłam u Wandy następnego dnia.. Skulona, drżąca, przerażona stara kobieta pokazuje mi dwie łyżeczki do herbaty. Tylko tyle mi zostało. Tylko tyle. Tylko tyle. Cały mój majątek.. Wszystkie inne rzeczy są " przytułkowe". Poduszka,. ręczniki. - wszystko. Opowiada o tym jak ją wyrzuciła. Płacze. Wciąż wraca do tego, co było. Jak podła jest Anka.. Nie przebiera w słowach.. Nagle przypomina się jej jakaś złośliwość wyrządzona synowej. Oczy zabłysły mściwą satysfakcją.... A, i jeszcze był ksiądz.. Wyspowiadała się. Przyjęła komunię. Staram się dodać otuchy. Przywiozłam czajnik elektryczny, kawę, herbatę, żeby trochę oswoić to miejsce. Proszę żeby wybaczyła. Że trzeba się modlić o zgodę w małżeństwie syna bo tam teraz czarne dni.. Modli się, modli się cały czas. Ale o co? Znowu wraca do tego, że nic jej nie zostało, że tylko te łyżeczki. - Nawet pieniędzy nie mam. Tylko 15 złotych..
To zdanie powtarza się w rozmowie jak refren. A we mnie opór. Jakbym nie słyszała.... Słowa - Tylko 15 złotych, często do mnie wracają.. Są wyrzutem sumienia. Można zauważyć cierpienie drugiego człowieka. Można w wolności serca ofiarować to, czego potrzebuje: współczucie, wsparcie, pamięć.
Jakże trudno dać drugiemu człowiekowi to, o co prosi.... A przecież sama codziennie proszę...

****
Ja też się modlę. Za nich wszystkich.
Dzwonię do niej. I nie tylko.
Ostatnio powiedziała mi, że musi się pogodzić z tym, gdzie jest. Że stara się wybaczyć.
Kochana jesteś i dobra - powiedziałam.. Jej oczy i twarz po prostu pojaśniały.

 

powrót


Jak pomóc?

Jestem w kościele na Starym Mieście. Trwa nabożeństwo majowe, podczas którego śpiewana jest Litania ku czci Matki Bożej. Klęczę za kratą zaraz przy wejściu. Po chwili weszła młoda dziewczyna, bardzo ładna i dobrze ubrana. Spojrzałam w jej kierunku, ponieważ płakała. Płakała przez cały czas śpiewania Litanii. Z kościoła wyrwał ją telefon komórkowy. Wyszła. Przyciszona rozmowa i jej płacz dochodził do mnie, ale trudno mi było usłyszeć, co się stało.

Po skończonym nabożeństwie wychodzę z kościoła. Dziewczyna oparta o ścianę świątyni, nadal płacze rozmawiając jednocześnie z kimś przez telefon. Po prawej zaś stronie młodzi śpiewają religijne piosenki. Grają na gitarze i innych instrumentach. Obok starsze kobiety rozmawiają, pytają, gapią się...

Zauważyłam dwa zachowania: śpiew i płacz. Kiedy dziewczyna zakończyła rozmowę telefoniczną, podchodzę i pytam spokojnie, co się stało, czy przypadkiem potrzebuje pomocy. Zaczęła mówić, ale następny sygnał komórki przerywa rozmowę, więc odeszłam dalej. Po chwili, gdy zakończyła, poinformowałam o Centrum Pomocy Duchowej przy ul. Skaryszewskiej 12. Podałam adres i numer telefonu.

Potem następny telefon. I zrozpaczonym głosem wyszeptała do kogoś: ,,To już koniec!"
Nie wiem do dziś, co stało się dalej, ale każdego dnia modlę się za tę osobę, by Bóg i dobrzy ludzie przyszli jej z pomocą.

Zatroskana.

powrót


Droga sympatyczna Pani

hmmm, to takie śmieszne, spotkać kogoś na ulicy, a potem pisać do niego mejle... czy sms-y. Sms, który dostałam, był dla mnie niezwykle miły. Czytałam go sobie jeszcze nawet dziś, przed egzaminem... Dziękuję bardzo za miłe słowa. Naprawdę, mała rzecz, a cieszy.

Sądzę, że Pani modlitwa mi pomaga, bowiem dziewczyny, o których mówiłam, wydają się mi już mniej "przerażające". Chociaż ja doprawdy już nie wiem, jak być sobą, i jest mi ciężko, a tak chciałabym się zmienić i być radosna. Modlitwa zawsze jest potrzebna. To takie sympatyczne, że Pani o mnie pamięta! Swoją drogą, ja też się staram.
Tak sobie myślę, czemu Pani wtedy do mnie podeszła? Nie bała się Pani mojej reakcji? Czy wyglądam na przewidywalną i spokojnie reagującą osobę? Wydaje mi się, że ludzie przegapiają w ten sposób wiele ciekawych znajomości!
Czasem też tak czuję, że chętnie bym do kogoś zagadała, ale panuje takie niepisane prawo, że "obcych się nie zaczepia". A jednak często oglądam się i tak myślę, czy może to Pani idzie ulicą?... Co za zbieg okoliczności? Od Pani bije ciepło, które mi się udziela. 

Pozdrawiam i staram się także pamiętać o Pani w modlitwie

Studentka

DOBRO JEST | ŹRÓDŁO SIŁY | WIKTORIA | MOJE PRÓBY POMOCY | SIŁA JEDNEGO ZDANIA | ZINA | KTO URATOWAŁ ŻYCIE ? | ALKOHOL I ŻONA | SPOTKANIE NA POCZCIE | NARODZINY | GŁODNA | KOCHANA JESTEŚ | JAK POMÓC | DROGA SYMPATYCZNA PANI
© Piąty świat